
Kolejowe Zło zepsuło nam sporo nerwów, lecz to się opłaciło z okładem. Jako że nigdy nie byliśmy w mieście wina i winnic, pojechaliśmy dzień wcześniej. Warto było, bowiem miasto ładne i było co pozwiedzać, gdzie pochodzić itp... Stary Przyjaciel – autochton – wynalazł nam tani hotelik w samym centrum, więc nie musieliśmy się martwić takimi sprawami, jak nocleg.
Pora jednak przejść do rzeczy. Pierwszego dnia wylądowaliśmy w knajpie, gdzie moja Żona usilnie uczyła Karin (członkinię MOLJEBKA PVLSE) przeklinać po polsku. Niżej podpisany natomiast zaprzyjaźniał się z drugą połową M.P. Muszę przyznać, iż była to owocna konwersacja. Nastał dzień drugi – dzień koncertu. Organizator – czyli Grzegorz znany jako HOROLOGIUM tudzież TOTENHAUS, stanął na wysokości zadania… Był Chłop zdenerwowany, jednak niepotrzebnie. Wszystko bowiem odbyło się „z zegarkiem w ręku”. Żadnych dużych opóźnień itp. …
Zaczął K. Meitzer – wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, iż koncert był ZA CICHO! Niestety, muszę to powiedzieć, było za cicho, bowiem nawet gdy odpalałem papierosa, to dźwięk zapalniczki był głośniejszy niż muzyka! Ale poza tym – świetny dark ambient podszyty mrocznym, pasującym do muzyki, filmem!
Potem nastał czas MOLJEBKA PVLSE. Monotonia (ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu), pulsy (jak sama nazwa zresztą wskazuje). Bez filmu, za to rewelacyjne cienie na ekranie. Takie jak… „flaszka Docenta” (raz jest, raz jej nie ma). Świetnie, naprawdę rewelacyjnie zagrali! Takie imprezy to niżej podpisany lubi. Dark ambient rodem ze Szwecji – prima sort!
No i wreszcie gwiazda wieczoru – BEYOND SENSORY EXPERIENCE. Cóż tu dużo mówić… Cold Meatowy dark ambient z filmem, który należałoby nazwać NEAR DEATH EXPERIENCE. Film o śmierci i muzyka o umieraniu… Umierać przy tym to rewelacja… Polecam niedoszłym samobójcom. Albo takim, którzy już dojrzeli.
Powiem krótko: Była to najlepsza dark ambientowa impreza, w jakiej uczestniczyłem (a mogę zapewnić Czytelników, iż uczestniczyłem w niejednej). Mam nadzieję, że Grzegorz nie zniechęci się niewątpliwymi trudami organizacyjnymi i będzie przedsięwzięcie kontynuować.
Szkoda, że koncert był w niedzielę; my byliśmy w stanie dojechać, ale stanowiliśmy raczej część nielicznych, którzy byli w stanie… Tak mniej-więcej było około 30 osób… Ogólnie – gratulacje dla Grzegorza i Olgi. Oby więcej takich imprez!!! Szkoda tylko, że HOROLOGIUM ani ARTEFACTUM nie zagrali, no ale może byłoby to zbyt wiele na Ich głowy… Nie mnie oceniać. Grzesiu, Olgo, trzymajcie się i czyńcie dalej swą powinność! Podziwiam Was i zawsze będę wspierał!
Tanssimaan
A teraz pora na parę słów od mojej Żony, która również w imprezie brała czynny udział.
Cóż... Ja byłam pod wrażeniem Moljebki. Ponieważ Grzegorz wcześniej dokładnie objaśnił mnie zarówno w kwestii nazwy Projektu, jak i Jego przesłania, inaczej słuchałam, niż miałoby to miejsce „z biegu”.
... zaczęło się od ptaszków, łagodności niczym nie niepokojonej trzeciej planety od Słońca, a skończyło na lodowatej, nieprzyjaznej, tnącej umysł zgrzytem żelaza po szkle, samotności kosmosu. Ale – nie kosmosu rozumianego jedynie dosłownie, ale i tego, który nosi każdy w sobie samym. Ten dualizm podkreślony został tak perfekcyjnym wyciszeniem, że powinno przejść do Historii Sztuki Muzycznej.
Cienie układające się na ekranie miały przy tym coś z chińskiego teatru cieni.
BSE nie zachwycił mnie tak mocno, jak Tanssimaana. Skupię się może jedynie na formie. Otóż, moim i tylko moim zdaniem, Twórcy „przefajnowali” w tym sensie, że do jednego garnka włożyli dwie, bardzo mocno gryzące przyprawy. Tak, jak powiedziałam po koncercie: nie jestem całkowicie pewna, czy obraz ilustrował muzykę, czy było na odwrót. Film był świetny, tak świetny, że można go było oglądać na jednej nucie. I muzyka była świetna, tak świetna, że można było jej słuchać przy zamglonej fotografii zimowego pejzażu. Były chwile, że musiałam się świadomie przestawiać na odbiór któregoś ze zmysłów. Ale to moje prywatne zdanie.
K. Meitzer podobał mi się bardzo, rzeczywiście było za cicho, ale nie ma tego złego... Jak powiedział Grzegorz, wymogło to większe skupienie na słuchaczach. Coś w tym jest... Tym bardziej, że i tu film był rewelacyjny. A sama oprawa koncertu? Organizatorzy dwoili się i troili, no i udało się. I jeszcze jedno: uczyłam Karin mówić jedynie: „cholera jasna”. Słowo daję.
M.G.








